Trochę o mnie

Ludwik Błyszczak - 2019

 

Każde życie jest dziwne – mawiał Isaac Bashevis Singer.

Urodziłem się w domu – przedwcześnie – pewnej styczniowej, mroźnej i bardzo śnieżnej nocy w roku 1967. Wezwana położna przebrnęła przez zaspy i – najlepiej jak umiała – poradziła sobie z przyjęciem mnie na świat. Jednak po kilku miesiącach okazało się, że nie rozwijam się tak jak powinno się rozwijać zdrowe niemowlę. Lekarze stwierdzili okołoporodowe porażenie mózgowe wywołane niedotlenieniem. Niedowład objął całe ciało, a najbardziej ręce. Moi wspaniali rodzice na szczęście jak najszybciej przekazali mnie pod medyczną opiekę doktorowi Kazimierzowi Kmieciowi, który był wówczas dyrektorem sanatorium w Jastrzębiu Zdroju – bodaj najlepszego w Polsce ośrodka leczącego dzieci z porażeniami. Właśnie dzięki tamtejszym wysokiej klasy rehabilitantom – w wieku trzech lat nauczyłem się poprawnie siedzieć, a mając lat siedem stawiałem pierwsze samodzielne kroki.

Odkąd pamiętam, interesowała mnie przyroda. Zaczęło się od tego, że jak przykuty siedziałem przed ekranem czarno-białego telewizora, kiedy leciały w nim filmy o zwierzętach. Później, gdy umiałem już w miarę dobrze chodzić, tato często brał mnie za rękę i zabierał na parogodzinną wędrówkę za miasto. Mieszkaliśmy w tej części Górnego Śląska, gdzie mnóstwo było lasów, pól, zapomnianych zagajników i obrośniętych trzciną glinianek. Więc wędrowaliśmy we dwójkę, albo z naszą ukochaną sunią Sabą, po leśnych polanach i polnych drogach odpoczywając na pachnącej macierzance, pod niejedną sosną, nad niejednym polnym stawem. Od początku z nienasyconym zainteresowaniem przyglądałem się spotykanym tam stworzeniom – ślimakom, pająkom, chrząszczom, mrówkom, a też i roślinom. Fascynowały mnie ich doskonale harmonijne i osobliwie powtarzalne, chociaż nigdy nie takie same, kształty, desenie i barwy. Nawet pospolity chwast – kurzyślad polny – ze swoim maleńkim koralowym kwiatem wydawał się przejawem skończonej harmonii. Pamiętam, jak raz zapytałem tatę, dlaczego muszle wszystkich ślimaków skręcają się zawsze w tę samą prawą stronę i dlaczego prawie zawsze w tę samą stronę wiją się na patykach łodyżki powoju i fasoli. Zastanawiał się nad tym przez kilka dni, ale nie umiał odpowiedzieć. Później – po latach – dowiedziałem się, że również cała współczesna nauka – w swoim zarozumiałym majestacie – nie może mi dać wyczerpującej odpowiedzi na to proste pytanie. A nie było to ostatnie z dziwnych pytań, jakie w czasie tamtych pieszych wypraw zadawałem ojcu i nigdy mnie te wyprawy nie nudziły. Za każdym razem przynosiłem z nich jakieś ciekawe spostrzeżenie, nad którym mogłem rozmyślać.

Razem z zainteresowaniem przyrodą pojawiła się fascynacja rozmaitymi baśniami, historiami, opowieściami – tymi oglądanymi w telewizji, słuchanymi w radio albo czytanymi w książkach, a już jako pięciolatek potrafiłem troszkę czytać. Rozwijająca się obserwacja świata i ludzi oraz inspiracje czerpane z książek pogłębiały moją wyobraźnię i sprawiały, że zadawane przeze mnie pytania były coraz dziwniejsze i odważniejsze, a napęczniały świat wyobraźni i rozmyślań domagał się pióra i kartki – pragnął dzielić się sobą z innymi ludźmi. Niestety, niedowład rąk był tak dotkliwy, że nie byłem w stanie samodzielnie pisać. Mogłem więc tylko z tatą dyskutować na wszystkie tematy albo opowiadać przeróżne historie – najczęściej niesamowite – swoim kolegom i koleżankom w sanatorium czy na podwórku. Zmieniło się to z chwilą, gdy mając lat szesnaście dostałem od ojca chrzestnego przedwojenną, skrzypiącą maszynę do pisania Naumann-Ideal. Pamiętam, z jakim zachwytem zabrałem się do jej naoliwienia, a potem, jak z uporem, palcami stóp wystukiwałem na sfatygowanych klawiszach pierwsze opowiadania i wiersze. Dopiero po paru dekadach – w erze komputerów – dzięki specjalnej klawiaturze nauczyłem się pisać ręką. Wprawdzie dość wolno, ale jednak.

Wiersze publikowałem w kilku czasopismach, m.in. w Zorzy i Gościu Niedzielnym. Brałem udział w wielu konkursach poetyckich zdobywając kilka nagród i wyróżnień, np. wyróżnienie w XXVII Konkursie Poetyckim Jesiennej Chryzantemy. W roku 2002 nakładem Koła Gliwickiego Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta został wydany tomik mojej poezji zatytułowany Moje proste, gwiezdne wiersze. Nie piszę ani często, ani wiele. Zawsze czekam na jakąś inspirację. Jej źródłem może być piękna muzyka, książka, czy filmowa opowieść, jednak tym bezcennym jest kontakt z przyrodą, a szczególnie spotkanie z drugim człowiekiem. Niekiedy taka poetycka inspiracja staje się czymś niewytłumaczalnym, zupełnie jakbym to nie ja sięgał po pióro, ale jakby to pióro sięgało po mnie.

Chyba każdy, kto pisze, pragnąłby to swoje pisanie opublikować w formie książkowej, ale i chyba żaden twórca nie jest do końca pewny, jaką wartość ma to, co tworzy. Dlatego zwracam się z prośbą do osób, które uważają, że zamieszczone tutaj wiersze i opowiadania warte są własnej książeczki, i które chciałyby sponsorować jej wydanie– napiszcie do mnie.

Poezja nie potrzebuje wielu słów: bywa chwilą, przebłyskiem długiej opowieści, niespodziewaną iskierką myśli, potrzebnym uśmiechem albo dalekim promieniem morskiej latarni, przebijającym się przez mgły i sztormowe fale, albo zwyczajnym, strąconym przez jesienny wiatr liściem, który – nie wiedzieć czemu – opada w naszym pobliżu.

Nawet jeśli jest chwilą, to zawsze chwilą dla kogoś.

Jeżeli trafiwszy na tę stronę powziąłeś zamiar, żeby tu jeszcze kiedyś wrócić, być może tutejsze chwile przeznaczone są właśnie dla Ciebie.

Daj mi znać, czy to prawda.

Copyright © 2012– Ludwik Błyszczak